Nieszczęście zwane Andrzej Duda

W marcu rozmawiam z jednym z najwybitniejszych polityków europejskich, Giuliano Amato. Były premier, wicepremier i minister spraw wewnętrznych Włoch, były wiceprzewodniczący Europejskiej Konwencji Konstytucyjnej a obecny sędzia Sądu Konstytucyjnego Włoch jest gościem na moich wykładach na Uniwersytecie Nowego Jorku. Przed wykładem rozmawiamy w dość obskurnym barze (uwaga: lokowanie produktu!) „Shade” w Greenwich Village, tuż obok wydziału prawa, na którym uczę.

Streszczam mojemu wybitnemu gościowi orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie „ustawy naprawczej”, które zostało wydane kilka godzin wcześniej i główne tezy uzasadnienia ustnego podanego przez Wiceprezesa, prof. Stanisława Biernata. Amato słucha tego ze stoickim spokojem, ale nie wytrzymuje dopiero, gdy mu mówię, że rząd już zapowiedział, że wyroku nie opublikuje. „U nas w takiej sytuacji wkroczyłby Prezydent!”.

Dopiero muszę wytłumaczyć mojemu rozmówcy, że w Polsce nie ma obecnie prezydenta. Jest Andrzej Duda.

Ta rozmowa przypomniała mi się dziś, w pierwszą rocznicę objęcia urzędu przez Andrzeja Dudę. Przy tej okazji wszystko już zostało powiedziane o tym, jakim nieszczęściem dla Polski jest fakt, że ten urząd pełniony jest przez człowieka lękliwego, bez charakteru i inteligencji. Działa jak zdyscyplinowany uczestnik zorganizowanej grupy przestępczej, żyrujący wszystkie najgorsze rozkazy swego zwierzchnika. W sytuacji, w której ma wystarczające instrumenty prawne, by zahamować najgorsze ekscesy władzy, nie wykorzystuje ich i w sposób ostentacyjnie szybki i potulny podpisuje niekonstytucyjne ustawy. W pamięci Polaków jako symbol zbiorowego wstydu pozostanie obraz Prezydenta Obamy, wytykającego polskiej władzy manipulowanie rządami prawa i widok stojącego obok niego, jak skarconego uczniaka, milczącego Andrzeja Dudy z tym samym głupkowatym uśmieszkiem, przyklejonym do buzi, z jakim podpisuje kolejne ustawy, paraliżujące TK.

Już mniejsza o inne głupstwa: uniewinnianie koleżków przed wyrokiem sądowym i przyznawanie dotychczas uświęconego wielkimi nazwiskami Orderu Orła Białego, jednoosobowo więc niezgodnie z obyczajem, grafomanowi i szkodnikowi Bronisławowi Wildsteinowi. To drobiazgi, świadczące o miałkości charakteru i umysłu, ale nie o konstytucyjnym przestępstwie. Ale nocne zaprzysiężenie, pod okiem Kaczyńskiego, „dublerów” wybranych na zajęte już miejsca w TK i natychmiastowe podpisywanie wszystkich ustaw, które jako minimum powinny wzbudzać przynajmniej jego wątpliwości – to jasne i oczywiste sprzeniewierzenie się konstytucyjnej misji Prezydenta, jako strażnika Konstytucji.

Wszystko to zostało już wielokrotnie powiedziane. Jedyne naprawdę ciekawe pytanie brzmi dziś: dlaczego on to robi? Bo przecież Andrzej Duda ma wszelkie instytucjonalne gwarancje i możliwości, stawiające go poza zasięgiem formalnych możliwości Kaczyńskiego, który nie może go odwołać, jak może to zrobić (uruchamiając natychmiastowo sejmową maszynkę do głosowania) z dowolnym ministrem, premierem czy szefem Rady Mediów Narodowych.

Odpowiedź na to pytanie, która sprowadzałaby się wyłącznie do słabości charakteru i umysłu Andrzeja Dudy jest, moim zdaniem, niewystarczająca; wskazuje ona na część problemu, ale nie na całość. W końcu nawet człowiek lękliwy i ograniczony musi czasem zdać sobie sprawę z szansy historycznej, przed jaką stanął i która tak gruntownie odrzuca, na oczach rodziny, znajomych, dawnych kolegów/koleżanek z porządnej firmy i milionów Polaków.

Pytanie: „Dlaczego Duda to robi?” sprowadza się, moim zdaniem, do pytania: „Co Jarosław Kaczyński na niego ma?”. A moja hipoteza, będąca rzecz jasna tylko domysłem, ale opartym na mocnych przesłankach, składa się z jednego słowa: SKOK.

Jak pamiętamy, Andrzej Duda był tym członkiem gabinetu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który odegrał kluczową rolę w największej aferze gospodarczej III RP. Dzięki usłużnie przygotowanemu (na podstawie dokumentów dostarczonych przez prawników SKOK) przez Andrzeja Dudę wnioskowi do TK, Grzegorz Bierecki dostał wiele miesięcy oddechu od kontroli finansowej i zdołał przemienić tysiące dolarów przeznaczone przez międzynarodową instytucję na pomoc dla kas spółdzielczych w prywatne miliony dla siebie i rodziny/wspólników, następnie chytrze wytransferowane do Luksemburga.

Dziś Bierecki jest pod prawną ochroną immunitetu senatorskiego oraz sprzyjającej mu większości sejmowej a także pod publicystyczną osłoną mediów, utrzymywanych przez niego samego. W portalu wPolityce braci Karnowskich i Piotra Zaremby, opłacanych właśnie przez Biereckiego, czytam triumfalne okrzyki radości, że TVP Jacka Kurskiego „przeprosiła” Biereckiego za dawne relacjonowanie afery SKOK: tak IV RP grzebie kontrolę głównego oligarchy IV RP. W akcie przypominającym hipotetyczne powołanie Al Capone na szefa komisji ds. walki z przestępczością zorganizowaną, Bierecki został wybrany szefem senackiej komisji kontroli finansowej.

Nikt, kto otarł się o SKOK nie pozostał czysty, bo taka jest natura tego raka. Przez implikację, dotyczyć to też może Andrzeja Dudy – sprawnego i chętnego uczestnika tej wielkiej afery. Tym bardziej, że na przesadnie uczciwego nie trafiło: chytre numery z delegacjami sejmowymi dla prowadzenia dobrze płatnych wykładów w dziadowskiej uczelni prywatnej pod Poznaniem (na dodatek, gdy wziął formalny urlop z UJ, gdyż funkcje polityczne nie pozwoliły mu rzekomo na prowadzenie działalności dydaktycznej) dowodzą, że odpowiednie predyspozycje Andrzej Duda miał. I Jarosław Kaczyński, któremu umiejętności oceny ludzi i kontrolowania ich przy pomocy haków nie można odmówić, musi o tym dobrze wiedzieć.

Dziennikarzom śledczym, a także śledczym właściwym, czyli prokuratorskim, gdy już dojdzie do postępowania przed Trybunałem Stanu, poddaję ten wątek pod poważną rozwagę, takim uczynnym i konstruktywnym gestem czcząc pierwszą rocznicę objęcia urzędu przez Andrzeja Dudę.