„Jest taki człowiek”

Wywiad z Premier Beatą Szydło, zamieszczony w pro-rządowym portalu, nie powinien zostać zupełnie zignorowany.

Padają w nim kluczowe słowa:

Jest taki człowiek, który pilnuje, by woda sodowa nie uderzyła nam do głowy, i byśmy nie popełnili grzechu pychy. Ten człowiek nazywa się Jarosław Kaczyński. On przypomina nam o tym regularnie, a my go słuchamy”.

Beata Szydło: "Jest taki człowiek, który pilnuje, by woda sodowa nie uderzyła nam do głowy i byśmy nie popełnili grzechu pychy"

Pomińmy, z litości, niemiłosiernie egzaltowany styl, trochę wyznanie a trochę westchnienie, jakie w marnych romansach przypisuje się rozmarzonym nastolatkom. Co ta relacja, niewątpliwie szczera, mówi nam o stosunkach między konstytucyjnymi organami władzy a szefem większościowej partii politycznej w Polsce?

Na pierwszy rzut oka, z relacji tej wyłania się obraz Jarosława Kaczyńskiego, jako kogoś w rodzaju terapeuty lub spowiednika członków rządu, a być może i Prezydenta. Zresztą chyba bardziej spowiednika niż terapeuty. Bo terapeuta przede wszystkim dodaje poczucia wartości i satysfakcji ludziom, którzy cierpią na deficyt tych odczuć, a Kaczyński wedle tej relacji działa w sposób dokładnie odwrotny: pilnuje, by ludzie nie byli z siebie zbyt zadowoleni i przywołuje ich do porządku, w obliczu ich przewin i grzechów. W tym sensie, pełni funkcje świeckiego spowiednika.

Ta interpretacja słów Pani Premier to oczywiście z mojej strony żart: wiemy, że ani Kaczyński nie ma takich przymiotów ducha i umysłu, które kwalifikują go do roli spowiednika, ani nie po to członkowie rządu regularnie pielgrzymują do niego. Jego rola ma charakter par excellence polityczny: nie jest to spowiednik z grzechów, ale naczelny kontroler polityczny postępowania konstytucyjnych władz. To po polityczne instrukcje – także cenzurki i oceny – Beata Szydło, Andrzej Duda i inni członkowie aktualnej elity władzy regularnie wzywani są przed oblicze Lidera – a nie dla uśmierzenia psychicznego bólu ani wstrząśnięcia duszą, podatną zbytnio na pychę.

Właśnie dlatego wyznanie Pani Premier jest tak bardzo ważne – gdyż daje nam autentyczną, z pierwszej ręki poświadczoną relację o strukturze władzy politycznej w Polsce.

Idea, że nad formalnie umocowanymi organami stoi ktoś, kto nie sprawuje władzy formalnej (w każdym razie, nie formalną władzę naczelną, odpowiadającą jego faktycznemu wpływowi), ale de facto kieruje oficjalnymi organami, nie jest oczywiście bezprecedensowa. Kilka przykładów. W latach między 2004 a śmiercią w 2015, założyciel i wieloletni lider Singapuru Lee Kwan Yew nie pełnił już żadnej funkcji publicznej (choć przez jakiś czas miał dziwaczny tytuł ministra-mentora), ale w rzeczywistości decydował o wszystkim, zaś ministrowie chętnie i często udawali się do niego po wskazówki. W nieodległej Singapurowi Birmie, po 1988 roku przez prawie dziesięć lat po formalnym odejściu z najwyższych funkcji, były dyktator wojskowy generał Ne Win był faktycznym przywódcą kraju i ze swej willi nad jeziorem w północnej części Rangunu decydował o sprawach najważniejszych - po części, pod wpływem swego zaufanego buddyjskiego astrologa. „Kaczyński kieruje a rząd rządzi” ma więc swoje precedensy.

Można, przyjmując dobroduszną interpretację – przyjąć, że to polityczny autorytet, oparty na wybitnej wiedzy, doświadczeniu i mądrości, jest źródłem obecnej potęgi Jarosława Kaczyńskiego, opisanej przez Premier Beatę Szydło. Można, jeśli ktoś bardzo chce. Ale trzeba jednocześnie pamiętać, że taka nieformalna władza naczelna jest, w nowoczesnej demokracji, patologią, gdyż rozdziela ona faktyczną władzę od formalnej odpowiedzialności.

Dlatego więc, gdy Polska wyjdzie już z dzisiejszego dołka i gdy przyjdzie czas rozliczania osób winnych masowego łamania Konstytucji i demokracji, śledczy, rozglądając się za odpowiedzialnymi za dzisiejszy kryzys, będą musieli przypomnieć i powtórzyć słowa Beaty Szydło: „Jest taki człowiek…”.