Kaczyński kontra establishment

Wśród wielu durnych, jątrzących i haniebnych słów wypowiedzianych wczoraj, w rocznicę katastrofy lotniczej 10 kwietnia 2010, na jedno warto zwrócić uwagę, bo chyba umknęło ono wielu obserwatorom.

W swym przemówieniu, kończącym obchody rocznicy, Prezes Jarosław Kaczyński, rozkręcając się i eskalując oskarżenia i żądania, doszedł do sprawy pilnej konieczności nazewniczej: „Potrzebne są nazwy ulic, placów, rond, musimy doprowadzić do tego, by ci, którzy zginęli, a byli wśród nich ludzie wybitni, by byli uhonorowani. Wbrew establishmentowi i tym, którym się wydaje, że mają władzę nad Polską”.

Zwracam uwagę na słowo „establishment”.

PiS ma już wszystko. Mają Prezydenta, mają rząd, mają media publiczne i kupione sprytną korupcją liczne usłużne media prywatne; mają stadniny koni i banki, mają dziesiątki przedsiębiorstw, obsadzonych swoimi ludźmi, mają prokuraturę i służbę cywilną…

A mimo wszystko, gdy się rozkręcą w wyliczaniu swych żalów i roszczeń, „establishmentem” okazują się być ci inni.

Zresztą tak mówi nie tylko Kaczyński. Retoryka zwalczania „mainstreamu” jest stałym elementem mediów prorządowych. Jak to wytłumaczyć, poza hipotezą niezrozumienia obcojęzycznych wyrazów „establishment” i „mainstream”?

Są dwa wytłumaczenia.

Pierwsze – to przywiązanie do pozycji ofiary, oblężonej twierdzy, niezawinionej niegodziwości ze strony reszty świata… Tak wygodna w czasie pozostawania w opozycji, satysfakcja wynikająca z poczucia skrzywdzenia przenosi się nawet na okres, gdy jest się u władzy, choć wtedy staje się groteskowa. Kaczyński chciałby być władzą i jej ofiarą jednocześnie; kontrolować wszystko i być jednocześnie stale krzywdzonym. To bardzo wygodne, to daje bardzo wymierne profity retoryczne i polityczne

Drugie tłumaczenie: straszny, niedający się przezwyciężyć kompleks niższości. Drążące psychikę poczucie, że w istocie jest się gorszym: mniej wykształconym, mniej zasłużonym, mniej odważnym, mniej uznanym… (Niekoniecznie dotyczy to samego Kaczyńskiego, ale przecież musi widzieć, jakimi ludźmi się otacza i jakich ma akolitów w mediach). To poczucie, że „establishment”, „salon” i „mainstream” (czytaj: „Gazeta Wyborcza”, Newsweek, TVN24 i pozostałe podmioty z demonologicznej galerii PiS-u) nami gardzą, bo wiedzą, że jesteśmy w sumie prostakami – nie jest łatwe. Zwłaszcza, jeśli gdzieś w głębi podejrzewamy, że mają rację…

Używając języka „establishmentu” pod adresem swych oponentów, władca totalny w sposób zaskakująco masochistyczny zdradza swe słabości i kompleksy. I to jest, proszę Państwa, powód do optymizmu.